Fot. J. Engel
Wywiad z Ritą Jankowską, reżyserką spektaklu „O byciu sąsiadem”.
Zanim zapytam Ritę Jankowską o samotność, zaczynamy od… sąsiada. I to nie jest pomyłka, tylko dokładnie ten moment, w którym rodzi się cały spektakl „O byciu sąsiadem” – z oporu, z niechęci, z krzyku: „tylko nie sąsiad!”. W tej rozmowie Rita Jankowska odsłania kulisy pracy Społecznego Chóru Czytającego, który z doświadczeń samotności, obcości i pragnienia bliskości tworzy poetycki, poruszający „raport zapisany na Głosy, Ciszę i Ruch”.
To wywiad o tym, dlaczego życie naprawdę „wydarza się” pomiędzy – między jednym mieszkaniem a drugim, jednym człowiekiem a drugim – i co się dzieje, kiedy wiele głosów spotyka się nie po to, by się zagłuszyć, ale żeby się usłyszeć.
Grażyna Bojarska-Dreher: Zacznijmy od początku – kiedy po raz pierwszy poczuła Pani, że „bycie sąsiadem” to temat na spektakl, a nie tylko na małą rozmowę na klatce schodowej?
Rita Jankowska: To nie był początek. Nie o sąsiadach chciałam rozmawiać. Ale o samotności. O poczuciu oddzielenia i o tym, że przyszliśmy się tu łączyć. O więziach i relacjach jako rzeczach zadanych, możliwych, pierwszych; przynoszących najgłębsze spełnienie dla różnorodności, którymi jesteśmy. Tak zwoływałam Chór. Figura sąsiada odsłoniła się w procesie warsztatowym, rzuciłam: sąsiad. A ktoś odkrzyknął: Tylko nie sąsiad! I tego przypilnowałam. Na tym dramaturgicznie zbudowałam naszą wypowiedź. Na tym oporze.
Poetyckim raporcie zapisanym na Głosy, Ciszę i Ruch”. Co to znaczy w praktyce? Jak wygląda taki raport na scenie – co zobaczy i usłyszy osoba, która przyjdzie pierwszy raz?
Zobaczy i usłyszy Chór, który wyraża się przez te trzy rzeczy: Głos, Ciszę i Ruch. Do tej pory jako chóry czytałyśmy. Wiedziałam, że to za mało, że to nas okraja, okrada, wykraja z przestrzeni, którą jesteśmy. Że za mało jesteśmy przestrzenią. Za mało jest ruchu, którym wyrażamy siebie; który wyraża świat. I że z drugiej strony z ruchem jest już mniej komfortowo i mniej bezpiecznie, bo trzeba wstać, bardziej się pokazać, odsłonić, a nie zapominajmy, że mówimy o formacji społecznej, chóralnej, do której ktoś zgłasza się może po to, by w niej zniknąć, oddać tylko głos, jeden pośród wielu. Od dawna chciałam, by Chór wstał, niby nic wielkiego, by poruszał się nieznacznie, bezszelestnie, by ruchem kreował narrację, budował choreografię więzi, relacji, nie dopowiadał, ale właśnie – opowiadał. I ciszą. Cisza jest w moich projektach (nie tylko chóralnych) coraz bardziej konieczną bohaterką. Niezbędnym wymiarem. Może ona najbardziej zdolna jest zabrać nas samych i innych – przebodźcowanych, głośnych, szybkich, reakcyjnych, nadobecnych, obowiązkowych w gadaniu – zabrać z s i e b i e. Przyszliśmy się z siebie takich zwolnić. Cisza. Po raz pierwszy nie towarzyszy naszej wypowiedzi muzyka. Jak ja się z tego cieszę, że nic nas nie podbije, nie przykryje, nie dopowie. Że będziemy niedoskonali, nierówni, niedoćwiczeni, nie dość perfekcyjni. My-Chór. My-muzyka. To piękne. Możemy się pomylić, spóźnić, będziemy na tego, kto jeszcze idzie, czekać. Gdy powiedziałam to grupie, przeszło takie uuuuffff… dźwięk ulgi.
Samotność, obcość, oddzielenie, a z drugiej strony wspólnota i przynależność – które z tych doświadczeń najczęściej wychodziły na wierzch podczas pracy nad spektaklem? Co najbardziej Panią zaskoczyło w wypowiedziach osób zaangażowanych?
Nie było elementów zaskoczenia. Ponieważ w nas wszystkich, na tym wspólnym głębokim poziomie, drzemią te same potrzeby, nie różnimy się tu niczym. Potrzeba przynależności, bliskości, bycia widzianym i słyszanym, potrzeba uznania, współistnienia, współdzielenia, wymiany, mogłabym wymieniać bardzo długo – o te potrzeby po prostu pytałam. Zostały ujawnione, nazwane, głośno wypowiedziane. Zaskoczyła mnie radość. Śmiech. Dużo śmiechu. Jakbyśmy przekroczyli w tym projekcie Rubikon. Połączył nas śmiech, i chyba od wtedy zaczęliśmy być wspólnotą.


Fot. M. Korolczuk
Nazywa Pani to wydarzenie „performatywnym czytaniem interwencyjnym”, a nie klasycznym spektaklem. Jaka jest ta „interwencja”? W co, Pani zdaniem, ingerujecie – w nasze myślenie, w nawyki, w to, jak patrzymy na ludzi za ścianą?
Spektakl jest formą teatru, a my nie robimy teatru, przekraczamy teatr. Nie gramy, nie rozdałam ról, nie ma konwencji, kostiumu, maski. Jesteśmy nadzy. Jesteśmy obecni. Uważni. Słuchający, słyszani. To rzeczywiste społeczne zwołanie idące, owszem, duktem poematu, ale każdy idzie w nim na swój indywidualny sposób, i wypełnia je dokładnie sobą takim jakim jest. Dlaczego interwencyjnym? Bo po to się zwołaliśmy. Żeby zainterweniować – czyli stać się szczeliną w miejskiej tkance. Narracyjnym wyłomem w codzienności. Przecież mówimy poematem, językiem metafory. Stajemy się małym, nie-tajemnym tekstem nie-codzienności. Myślę, że tego nam brak. Że właśnie takim językiem warto zainterweniować przeciw językowi konsumpcji, polityki, przemocy. Takim najbardziej, bo może tylko taki robi prawdziwy wyłom w rzeczywistości. Ingerujemy? Nie, nie ingerujemy, bo to oznaczałoby mieszanie się w cudze sprawy, a my mieszamy się w s w o j e sprawy, nasze, wspólne. Nie robimy cezury pomiędzy nami lepszymi a gorszymi innymi. To wszystko jesteśmy m y. My – którzy właśnie się po to zwołaliśmy, żeby wyłonić się z tego m y i stać bardziej M Y. Stanąć w „większym rozmiarze / lepszym rozmiarze człowieka / zgłosiliśmy się na ochotnika”.
Społeczny Chór Czytający działa na styku performansu, literatury, słuchowiska i pracy z ciałem. Jak Pani to tłumaczy komuś, kto nigdy czegoś takiego nie widział – bardziej to przypomina teatr, koncert, a może… rytuał wspólnego bycia?
Artystyczna Ceremonia, Żywa Obecność, Akt Wspólnego Czytania Uzdrawiającego? Nie wiem… To się odsłania wraz z każdym nowym projektem, nie mam etykiety dla czegoś, co jest płynne, raczej jest autentyczną, empatyczną, uważną i udzielającą odpowiedzi Obecnością płynącą korytem ustalonego tekstu, ale na tyle pojemnego, że każdy tę rzekę uważa za swoją.
Napisała Pani, że „wiele głosów mówi tu jednocześnie nie po to, by się zagłuszyć, ale by się spotkać”. Jak wygląda praca z tyloma osobami, ich wrażliwościami, lękami, historiami? Jak układa się z tego jeden organizm sceniczny?
Ten cytat dopisała od siebie Karolina Bartoszewska, ale jeśli miałabym się odnieść to do pytania: właśnie to mnie fascynuje w pracy z grupami społecznymi: obserwowanie i czytanie każdego indywidualnie, i jednoczesne scalanie różnorodności, którymi jesteśmy w jedno Ciało-Głos. Mam silne przeczucie i wiarę, że te ćwiczenia ze scalania przekładają się dalej na osobiste historie, są silnymi znakami na indywidulnych ścieżkach, kierunkują mniej lub bardziej, może są swego rodzaju momentem przestawnym, lub choćby momentem zatrzymania się, ucieczki, z pochodów ego, które nie lubią wspólnoty. Pracuję od ponad 25 lat dramą, czyli metodą teatru transferującego w stronę nie tyle terapii co rozwoju. I doświadczam, że to niezmiennie i na bardzo głębokim poziomie działa. Po prostu działa. Bez tego wstępu trudno byłoby stać się jednym organizmem.
Jak reagują osoby z Chóru, gdy nagle okazuje się, że ich osobiste doświadczenia – czasem bardzo delikatne – stają się częścią wspólnej, głośno wypowiedzianej opowieści?
W tym projekcie nie poszłam w tę stronę. Intymności są subtelne i tak uniwersalne, że mógłby je wypowiedzieć każdy. W czytaniu chóralnym poematu Wyjście z Ur (2022), gdzie opowiadałyśmy intymną historię Khedi Alievy – jej doświadczenie śmierci męża, żałoby, straty i odrodzenia – robiłyśmy to w przestrzeni empatii, solidarności, współbycia, lecz historią bohaterki opowiadałyśmy jednocześnie własną żałobę i wyjście do Życia. Wtedy procesy i reakcje były głębokie, mogę powiedzieć potężne. Tu, w czytaniu na czas samotności, ku uldze grupy, opowiadamy samotności i więzi w sposób pełen nowej równowagi.
Co dla Pani samej było najtrudniejsze w „O byciu sąsiadem”: temat, emocje, praca z grupą, czy może znalezienie formy, która udźwignie tak intymne treści?
Nie ma w tym poemacie „tak intymnych treści”. Jest medytacja, interwencja, manifest, wołanie, niewerbalna fonosfera, cisza – warstwy wspólne, przez które przechodzimy razem, naprawdę n a s z e. To nowa historia Chóru – w tym sensie, że nie operujemy tzw. dokumentem, ale bardzo subtelnie wysnuwamy z samych siebie podobne nici i nimi tkamy narrację. I to jest najłatwiejsze na świecie, tak to wysnuwać! Biorę na siebie, jeśli okaże się to nie dość „dramatyczne”, ale może wielu poczuje w końcu ulgę (śmiech). Weszłam na subtelniejszą ścieżkę…
Publiczność ma nie tylko „oglądać”, ale też współuczestniczyć. Co to znaczy – czy widz musi być przygotowany na to, że zostanie wciągnięty do akcji? Czy można przyjść „tylko posłuchać”, jeśli ktoś jest nieśmiały?
Proszę, przyjdź taki jaki jesteś. Zajmij miejsce, które jest Twoje i dla Ciebie. Ale przyjdź z otwartością. Resztę zostaw nam.

W czasach, kiedy „sąsiedztwo” często przenosi się do internetu – na czaty, grupy – co może nam dać takie spotkanie na żywo, w jednym pomieszczeniu, bez ekranu pomiędzy?
Może nam dać doświadczenie bez ekranu! Uzdrawiające, ubogacające, niezbędne, konieczne, wspólnotowe, autentyczne, otwarte, bliskie, czyste, bez domieszki. Ja-ty, twarzą w twarz.
Gdyby miała Pani jednym zdaniem odpowiedzieć: dlaczego warto przyjść do Domu Literatury tego wieczoru – co może się wydarzyć z osobą, która po prostu usiądzie i posłucha?
Jeśli ktoś po prostu usiądzie i posłucha – to właśnie to się WYDARZY, co ma się wydarzyć. Wydarzy to, o co nam w tym wszystkim chodzi.
Czy podczas pracy nad tym projektem zmieniła się Pani własna relacja z sąsiadami? Zauważa ich Pani inaczej, częściej, uważniej?
Moja relacja z sąsiadami to relacja ze wszystkim. Ja mam poczucie sąsiadowania ze wszystkim i wszystkimi: z ludźmi, roślinami, zwierzętami, powietrzem, wodą, wszechświatem … Tak, jestem uważna na wszystkich tych moich sąsiadów, ten projekt nie wziął się znikąd. Etymologia słowa sąsiedzi oznacza „siedzieć razem”. Siedzę razem rzeczywiście ze wszystkim, zatrzymuję się, nieruchomieję, towarzyszę – w szystko towarzyszy mi. To obopólne. A relacja to praca. Siedzę więc i mam nieskończone zajęcia w temacie stosunków dobrosąsiedzkich.
Jak wyglądały próby? Czy zdarzały się momenty, kiedy grupa musiała zrobić przerwę, bo emocji było po prostu za dużo – ze wzruszenia, ze złości, z ulgi?
Mam za sobą najbardziej radosny, wspólnotowy, uważny, ale też dialogiczny proces. Ta dialogiczność to sukces. Może jesteśmy już po drugiej stronie mostu. Nerw tego projektu jest pewny, głęboki, subtelny, pełen zaufania.
Dom Literatury w Gdańsku to miejsce bardzo symboliczne – książki, słowa, historie. Jak Pani zdaniem to miejsce „gra” z tym konkretnym projektem? Czy budynek, miasto, klatka schodowa, którą trzeba pokonać, zanim się wejdzie – są tu częścią opowieści?
Trzeba wejść na I piętro. To rzeczywiście symboliczny element. Idź po schodach w górę. Zostaw świat. Zostaw odrębność. Wpłyń w Chór. Wpłyń w Chór. Stań się Chórem. Jesteśmy w tym razem.
„Życie wydarza się pomiędzy” – między jednym mieszkaniem a drugim, jednym człowiekiem a drugim. Czy ma Pani w głowie jakąś konkretną scenę z własnego życia, która najlepiej to zdanie ilustruje?
Wiele takich momentów. Ale wszystkie byłyby intymne i nie mogą dostać tu pola. Gdy staję naprzeciw drugiego naprawdę, a on naprawdę naprzeciw mnie – i buduje się między nami to rzeczywiste p o m i ę d z y – wtedy rosnę. Wzrastam. Uznaję ten most. Spojrzenie jest mostem. W tym sensie Życie wydarza się, gdy buduję/budujemy te m o s t y.
Dla kogo jest to przedsięwzięcie – dla osób, które czują się samotne, czy dla tych, które już mają silne poczucie wspólnoty? A może właśnie najlepiej, gdy spotkają się tu jedni i drudzy?
Och, dla nas po prostu. Wszyscy jesteśmy samotni. Rdzennie. W głębokościach. Trzeba to odmilczeć.
Czy chciałaby Pani, aby po spektaklu wydarzyło się coś jeszcze – na przykład, żeby widzowie wynieśli z Domu Literatury konkretną odwagę: powiedzenia „dzień dobry”, zapukania do kogoś, zagadania w windzie?
Nie, nie, to nie poradnik sąsiedztwa. To poemat szczelinowy jak powiedziałam. Niech każdy dojrzeje do dzień dobry w swoim tempie, i rzeczywiście, lub nie. To wybór. My nie jesteśmy chórem edukacyjnym. Raczej wołaniem w mieście. Na wietrze ..? Niech tak zostanie. Dobrze jest wołać. Może przyszliśmy tu tylko po to, by Wołać.
Na koniec: jeśli ktoś waha się, bo myśli „to chyba nie dla mnie, ja nie jestem z tych artystycznych” – co powiedziałaby mu Pani prosto z serca?
Ha, ha, niech zostanie w domu. A o nas nie myśli, że jesteśmy artystyczni, skoro nas jeszcze nie poznał.
My jesteśmy po prostu: Społecznym Chórem Czytającym. Rozpisanym na Głosy, Ciszę i Ruch.
Kto nie jest z nas?
Cóż, nie mogę się doczekać… Dziękuję za rozmowę.