Koncert Skolima w Gdyni zaczął się… jeszcze zanim weszliśmy do budynku. Przed wejściem dumnie parkowało auto z ogromnym nadrukiem artysty, które wyglądało jak mobilny billboard na sterydach. W środku znajdował się minisklepik Skolima, w którym można było znaleźć absolutnie wszystko, co tylko mogło kojarzyć się z artystą: perfumy, koszulki, gadżety… brakowało tylko tostera z autografem, ale być może to hit kolejnej trasy.




Zanim jednak dotarliśmy na swoje miejsca, ujrzeliśmy wzruszającą scenę: ojciec z córką, która przygotowała dla Skolima własnoręczną pracę – pełne zaangażowania dzieło. Pamiątka została uwieczniona, a dziewczynka wyglądała, jakby właśnie miała wręczyć Oscara za najlepszą rolę życia.


W środku – miks wiekowy jak w galerii handlowej w sobotę: nastolatki, rodzice, dorośli, a nawet maluchy, które pewnie jeszcze nie do końca wiedziały, kim jest Skolim, ale wiedziały jedno – że jest głośno i fajnie. Sala przygotowana była z numerowanymi miejscami, ale… tylko do czasu.


Zanim koncert ruszył pełną parą, mogliśmy zobaczyć próbę gitarzysty oraz krótki wstęp Skolima – taki „dzień dobry, jak tam Gdynia?”, po którym wszyscy wiedzieli, że za chwilę będzie ogień. I rzeczywiście – gdy tylko koncert się zaczął, publiczność poderwała się z miejsc jak na komendę. Skakanie, śpiew, zabawa – jakby cała Gdynia zamieniła się w jeden wielki parkiet.


Skolim dał czadu. Jego energia była tak głośna jak głośniki, a prezencja sceniczna – jakby był w trzech miejscach naraz. Nawiązywał kontakt z publicznością, rozmawiał, żartował, a po dłuższej części występu… przebrał się i wrócił z jeszcze większą energią, jakby właśnie nacisnął przycisk „Turbo”.




Na sam koniec koncertu rozpoczęła się prawdziwa sesja zdjęciowa. Skolim obiecał, że zostanie tak długo, aż zrobi zdjęcie z każdym – od dorosłych po najmłodszych fanów. I wyglądał, jakby naprawdę miał zamiar dotrzymać słowa.






Mieliśmy nawet chwilę, żeby z nim porozmawiać. Zapytał mnie i znajomą, skąd się znamy i kim dla siebie jesteśmy. Był roześmiany, serdeczny i absolutnie „normalny” – w najlepszym znaczeniu tego słowa. Mnóstwo empatii, zero gwiazdorzenia. Ba, po koncercie można go było znaleźć nawet w jego sklepiku, stojącego wśród fanów jak kumpla, którego widzi się na imprezie.
Podsumowując: koncert – petarda. Skolim – sympatyczny, energiczny i pełen zapału. A my? Wyszliśmy zmęczeni, spoceni, ale szczęśliwi. I z pewnością gotowi na kolejny raz.


Tekst i zdjęcia: Sabina Bartosiewicz